W Przysietnicy myśliwy zastrzelił psa w obecności jego właścicieli
Rzeszowskie Stowarzyszenie Ochrony Zwierząt chce, żeby sprawą zajęła się prokuratura
- Mieszkamy w odległości 500-600 metrów od lasu. Od dłuższego czasu przeprowadzana jest wycinka, pracują pilarze. W lesie pełno ludzi - opowiada Mariusz Obłój. Jego ojciec Jan Obłój wybrał się zobaczyć, jak przebiega wycinka. - Poszły z nim dwa nasze psy Niki i Wingo. Niki miał dwa lata, był takim przerośniętym mieszańcem owczarka niemieckiego. Wingo to kundelek - mówi Mariusz. Mama Mariusza Krystyna dodaje: - Mąż był w lesie najwyżej pół godziny. Na pewno było jeszcze widno. Szedł koło naszego pola, potem poszedł trochę dalej, bo zauważył faceta siedzącego w krzakach. Chciał go zapytać, co tam robi, bo widział, że ten mężczyzna siedzi tam od dłuższego czasu.
Psy biegły kilkanaście metrów od właściciela. - W pewnym momencie usłyszałem świst i aż podskoczyłem, bo nie wiedziałem, co się dzieje. Niki zapiszczał i pobiegł w kierunku domu, ale jak do niego doszedłem, to psina tylko raz dychnęła i skończyła życie. To był ulubieniec syna, nie możemy się pogodzić z tym, co się wydarzyło - opowiada gospodarz.
Obłój pytał później myśliwego, dlaczego strzelił. - Usłyszałem, że ma prawo strzelać do każdego psa, który biega bezpańsko w odległości 200 metrów od domu - mówi Jan Obłój. Razem z synem powiadomił policję o zastrzeleniu psa i o tym, że zagrożone było życie właściciela psa. - Postępowanie zostało wszczęte. Z wyjaśnień myśliwego wynika, że był w trakcie polowania i strzelił do wałęsających się psów. Pies został znaleziony w odległości 250 metrów od zabudowań. Teraz będziemy musieli ustalić faktyczny przebieg zdarzeń - informuje komisarz Bogdan Dudek z brzozowskiej policji.
Janusz Kowalewski, łowczy okręgowy Polskiego Związku Łowieckiego, potwierdza, że sezon łowiecki jest pełni. - I myśliwy miał prawo strzelić do wałęsających się psów. To jest nasz obowiązek. Ale rozumiem rozżalenie tych ludzie. Jeżeli uważają, że myśliwy przekroczył uprawnienia, powinni złożyć skargę do związku i sprawą zajmie się nasz sąd dyscyplinarny - wyjaśnia łowczy.
Kowalewski mówi, że choć kłusujące psy wyrządzają ogromne szkody, to przypadki ich zastrzelenia przez myśliwych zdarzają się rzadko. - Kiedyś w czasie polowania widziałem, jak psy goniły sarnę. Powinienem je zastrzelić, ale działam bardzo ostrożnie, nie strzelam do wszystkiego, co się rusza. I dobrze się stało, bo pięć metrów za psami szedł właściciel, który wyszedł zza wzniesienia - dodaje Kowalewski.
źródło: http://miasta.gazeta.pl/rzeszow/1,34975,1808238.html