Myśliwy zastrzelił psa na oczach chłopca
WOLA RADŁOWSKA. Pies nie miał więcej niż 30 centymetrów wysokości. W żaden sposób nie mógł więc wyglądać na groźnego.
Był 16 grudnia. Zbliżały się powoli Święta Bożego Narodzenia i dała się już odczuć atmosfera świąteczna. Anna Bąk z Woli Radłowskiej wysłała swojego 14-letniego syna Damiana po jedlinę. Chłopiec poszedł w kierunku pól i zagajników, z dwoma małymi psami, Friko i Dżolo. Po pewnym czasie pani Anna usłyszała wystrzał z broni palnej. Okazało się, że myśliwy z Radłowa zastrzelił jej psa, jednego z dwóch wiernych piesków, które towarzyszyły Damianowi na spacerze. Chłopiec cały się trząsł, nie potrafił uwierzyć, że Dżolo mogło spotkać coś tak okropnego.
Damian dobrze pamięta tamten dzień. Około godz. 14.30 wrócił z zajęć szkolnych, zjadł obiad i poszedł z psami po świerk, który miał zanieść do szkoły następnego dnia. Na spacerze towarzyszyły mu dwa pieski, Friko i Dżolo. Dżolo został przygarnięty przez państwa Bąków zaledwie w te wakacje, w sierpniu. Pies nie miał więcej niż 30 centymetrów wysokości. W żaden sposób nie mógł więc wyglądać na groźnego. Był po prostu sympatycznym mieszańcem przygarniętym przez rodzinę państwa Bąków.
- Szedłem za psami, nagle usłyszałem strzał, skowyt a potem jeszcze drugi strzał, jakby tamten pan chciał dobić mojego przyjaciela - chłopiec jeszcze do dziś nie może dojść do siebie. - Zobaczyłem jak Friko biegnie w kierunku domu. Wtedy przestraszony pobiegłem w stronę domu, do mamy i oboje poszliśmy zobaczyć co się tak właściwie stało. Zobaczyliśmy, że Dżolo leży nieżywy, a na drzewie siedzi myśliwy ze strzelbą. Miał taką ambonkę wykonaną z drewna i związaną sznurkami…
Anna Bąk również nie mogła uwierzyć, że coś tak makabrycznego mogło się wydarzyć i że myśliwy z zimną krwią zastrzelił jej psa na oczach dziecka. - Dżolo podczas spaceru biegł najwyżej 30 metrów od Damiana - relacjonuje mieszkanka Woli Radłowskiej. - Wynosiłam akurat z kotłowni popiół i usłyszałam strzał i niesamowity skowyt, ale do głowy mi nie przyszło, że to myśliwy mógł zastrzelić naszego dżolo - mówi pani Anna.
Dopiero gdy oboje udali się na miejsce, Damian wypatrzył, że na drzewie siedzi ten myśliwy z bronią. Rozmawiali z mężczyzną, który jednak nie był w stanie dać jednoznacznej odpowiedzi, dlaczego w zasadzie dopuścił się tak bestialskiego czynu. Jak zauważyli, myśliwy miał przy sobie lornetkę, więc musiał doskonale widzieć przez nią zarówno psa, jak też chłopca. A w około są przecież łąki i nie ma w tym miejscu lasu.
Na miejsce wezwany został też weterynarz, który stwierdził, że Dżolo zginął w wyniku ran postrzałowych w klatkę piersiową. Lekarz nie mógł się nadziwić, co tak właściwie się stało. Sądził początkowo, że to właścicielka, pani Anna Bąk, zleciła zastrzelenie psa.
Ojciec Damiana oddał sprawę na policję. Jakież było jednak zdziwienia państwa Bąków, gdy okazało się, że z komisariatu w Żabnie (Wola Radłowska podlega właśnie pod żabnieński komisariat) przyszło postanowienie o odmowie wszczęcia dochodzenia.
Sprawa została skierowana również do Mirosława Łobody, łowczego okręgowego w Tarnowie. - Wysłałam tam oficjalne pismo z prośbą o wnikliwe jej zbadanie - mówi Anna Bąk. - Liczymy jedynie na elementarną sprawiedliwość.
źródło: http://www.dziennik.krakow.pl/Artykul.100+M528189dc8c4.0.html