Niedzielny spacer po lesie skończył się dla mieszkańców gminy Nadarzyn prawdziwym nieszczęściem. Polujący w tym samym czasie wójt Janusz Grzyb - zastrzelił im psa. - Wójt wyrządził nam wielką krzywdę - mówią poszkodowani. - Obowiązkiem każdego myśliwego jest odstrzelenie psa, który samotnie, bez właściciela biega po lesie w odległości co najmniej 200 metrów od zabudowań - tłumaczy wójt.
Przez całe życie Teresa i Ryszard Wołczyńscy mieszkali w Warszawie - dopiero na emeryturze zamieszkali w gminie Nadarzyn - w uroczych Krakowianach, tuż pod lasem. Cicho, spokojnie - doskonałe miejsce na wypoczynek, z dala od miejskiego zgiełku i pośpiechu. Nic więc dziwnego, że w pogodne weekendowe dni, pobliską leśną drogą przechadzają się spacerowicze i przejeżdżają rowerzyści. Wkrótce dom Wołczyńskich zapełnił się zwierzakami - przygarnęli trzy bezpańskie psy i dwa koty. Jeden z nich wychudzony, znaleziony na mrozie - cudem ocalał, dzięki troskliwej opiece starszych ludzi i pomocy weterynarza.
Wójt zastrzelił Bolcia
W niedzielę, 20 listopada do Wołczyńskich przyjechała trójka znajomych z Warszawy. Wzięli ze sobą pieski i udali się na spacer przez pola i obrzeża pobliskiego lasu. - Gdy poruszając się wzdłuż niebieskiego, turystycznego szlaku, wychodziliśmy na skraj lasu tuż koło nas rozległ się strzał - opowiada Teresa Wołczyńska. - Zabili naszego Bolcia - wykrzyknął przerażony Ryszard, który o kilka kroków wyprzedził pozostałych spacerowiczów i jako pierwszy wyszedł zza dużej sterty chrustu, zebranego przy drodze. - Z przerażeniem zobaczyliśmy, że nasz mały kundelek Bolcio leży w kałuży krwi, kilka kroków od nas - mówi Wołczyńska. - Jeszcze większy szok wywołał w nas widok osoby, która ten strzał oddała. Był to wójt Nadarzyna - Janusz Grzyb, na którego sami głosowaliśmy wierząc, że będzie godnie reprezentował nasze interesy w gminie.
Kobieta, na widok ukochanego martwego psa wpadła w rozpacz. - Pan zabił naszego psa! I pan jest naszym wójtem? - zapytała przez łzy.
Wójt wyjaśnił, że strzelił zgodnie z przepisami, ponieważ psy nie mogą biegać w odległości większej niż 200 metrów od zabudowań.
- Powiedzieliśmy, że przecież psy szły razem z nami i nikomu nie zagrażały. Wójt odpowiedział, że nas nie widział, a właśnie w tej chwili odbywa się tu polowanie - opowiadają Wołczyńscy.
Bestialskie prawo
Wójt odszedł, a spacerowicze zamarli w osłupieniu. - Idziemy szlakiem turystycznym, jesteśmy kilkadziesiąt metrów od drogi gminnej, 200 - 300 metrów od zabudowań wiejskich, 500 m od kompleksu działek rekreacyjnych, 15 minut spacerem od bardzo dużego kompleksu działek pracowniczych, spotykamy spacerujących ludzi, jeżdżących na rowerach i nagle jesteśmy w centrum polowania - opowiada wciąż zszokowana Wołczyńska. - Nie było żadnych ostrzeżeń, szlak turystyczny nie był zamknięty. Na co urządzono polowanie w niedzielne popołudnie na szlaku spacerowym? O tej porze dnia nie pojawiają się w tej okolicy dzikie zwierzęta. Tylko dzięki zbiegowi okoliczności i być może dzięki śmierci naszego pieska obyło się bez tragedii z udziałem ludzi.
Myśliwy ma prawo zastrzelić psa, który bez opieki właściciela, bez obroży i kagańca przebywa w lesie, 200 metrów od zabudowań. Zdziczałe, bezpańskie psy stanowią zagrożenie dla leśnej zwierzyny. Tymczasem malutki, zadbany kundelek Wołczyńskich nie wyglądał ani na zdziczałego, ani na groźnego. - Prawdopodobnie zobaczywszy wójta biegł do niego radośnie, chcąc się przywitać - mówi Wołczyńska. - Na widok ludzi merdał ogonem, a gdy podbiegł pod nogi to od razu przewracał się na plecki, żeby go głaskać. Może wójt postąpił zgodnie z prawem, ale czy zgodnie z sumieniem człowieka jest strzelanie do małego, zadbanego pieska? - pyta retorycznie pani Teresa.
Dla niego trening i rozrywka, dla nas tragedia
-Nikt spośród naszych znajomych i sąsiadów posiadających psy nie ma świadomości, że zgodnie z prawem można zastrzelić ich pupilów gdy tylko znajdą się odpowiednio daleko od zabudowań - alarmują Wołczyńscy. - Jeżeli rzeczywiście takie barbarzyńskie prawo zostało ustanowione, to nie kto inny jak wójt powinien powiadomić o tym mieszkańców i gości przybywających w te okolice w celach rekreacyjnych- twierdzi Wołczyńska. - Powinien ostrzec, np. umieszczając tablice przy wejściu do lasu, że każdy pies bez smyczy może być zastrzelony - skoro mamy takie prawo! Oprócz strony prawnej sprawa ma też aspekt czysto ludzki. Jesteśmy ludźmi starszymi - emerytami - może zbyt wrażliwymi, jak na dzisiejsze czasy, na los zwierząt. Ubiegłej zimy przygarnęliśmy dwa malutkie wiejskie kundelki, którym groziła bezdomność i głód. Pieski odkarmiliśmy, wyleczyli, zaszczepili - stały się one nam bliskie jak członkowie rodziny. Były ufne i przyjazne ludziom i całemu światu. Niestety jeden z nich, nasz kochany Bolcio, swą ufność do człowieka przypłacił życiem. Wójt wyrządził nam wielką krzywdę. Dla niego była to rozrywka czy trening strzelecki. Dla nas tragedia. Trzeba być bez serca i ludzkich uczuć żeby w tak bezmyślny i okrutny sposób zabić małego i przyjaznego pieska - mówią rozgoryczeni Wołczyńscy.
Bądźmy ostrożni
Niewiele osób zabierając psa do lasu zdaje sobie sprawę, z tego, że może on stać się ofiarą myśliwych.
- Jakbym zobaczył biegnącego, małego pieska to na pewno bym nie strzelił - mówi 28- letni Grzegorz, który od kilku lat regularnie jeździ na polowania. - Wszystko jednak zależy od indywidualnej wrażliwości myśliwego oraz jego oceny sytuacji. Ludzie powinni pamiętać, że nawet nieduży pies może narobić szkód w lesie i najlepiej prowadzać go na smyczy.
- Dla nas szokujące i niezrozumiałe jest prawo cytowane przez wójta jak też sposób jego egzekucji - mówią Wołczyńscy. - Dlaczego zabijać psa, który przecież niczemu nie jest winien. Jeżeli właściciele psa naruszają prawo należy ich karać. Czy nie byłoby lepiej gdyby wójt zamiast strzelby miał bloczek z mandatami i ukarałby nas za wprowadzenie psów do lasu. Psy cieszyłyby się życiem, a pieniądze z mandatów mogłyby zasilić budżety schronisk dla bezdomnych zwierząt - argumentują.