Prawo do zabijania
W poniedziałek piątego marca odbyła się druga rozprawa przeciwko Tomaszowi L. z Krosina, który w październiku ubr. zabił psa swoich znajomych. Uznał to za swój obowiązek. W końcu od czego jest myśliwym?
Komisja Etyki, Tradycji i Zwyczajów Łowieckich Naczelnej Rady Łowieckiej opracowała zbiór zasad, stanowiący dumę myśliwskiej braci. Zgodnie z nimi ma postępować każdy myśliwy. Za swój podstawowy obowiązek myśliwy uważa więc rzetelne przestrzeganie norm prawa łowieckiego. W kontaktach z ludnością zamieszkałą na dzierżawionym terenie swoim postępowaniem powinien przyczyniać się do utrwalenia dobrej opinii o Polskim Związku Łowieckim. Myśliwy dba również o etyczny stosunek do zwierzyny, a poszukiwanie rannej sztuki i dostrzelenie jej w sposób humanitarny uważa za swój moralny obowiązek. Teoria głosi również, że myśliwy nigdy nie traktuje strzału do zwierzyny jako treningu strzeleckiego i umie powstrzymać się od strzału. Poza tym ograniczając liczebność szkodników w łowisku, myśliwy wykazuje szczególną rozwagę oraz unika zatargów z miejscową ludnością. Jak do powyższego ma się śledzenie pańskich już na pierwszy rzut oka psów, udanie się po broń, przywołanie zwierząt, oddanie strzału i powrót do zbierania ziemniaków? Wolontariusze Towarzystwa „Pogotowie dla Zwierząt” zastanawiają się dziś, czy członek Koła Łowieckiego „Dasz Bór” z Połajewa, Tomasz L. kiedykolwiek słyszał o tych zwyczajach i o Ustawie o Ochronie Zwierząt?
Przyłapany
Przed południem. 25 października ubr. dwa duże mieszańce Tina i jej syn – Dżeki, należące do Grażyny T. mieszkanki Krosina, wydostały się poza teren posesji i udały się zwiedzać okolicę. Dla rocznego Dżekiego był to ostatni spacer. Psy były bardzo łagodne i przyjazne. Czasami denerwowało to właścicieli, gdy zamiast bronić podwórka, łasiły się do obcych. Psy skierowały się w znane sobie miejsce, a więc w niedaleko domu Teresy J. matki ich właścicielki, gdzie często były zabierane na spacery. Znajdowała się tam łąka właścicieli psów oraz stawek, tzw. jeziorko, wszystko to jakieś sto metrów od domu Teresy J. Starsza kobieta przebywała akurat na podwórku, gdy usłyszała charakterystyczne cmokanie, jakie wydaje się przy nawoływaniu psa, a potem dwa strzały. Ujrzała Tomasza L. ze strzelbą w ręku. Nieopodal stał jego piętnastoletni wówczas syn. Mieszkanka Krosina nie miała wtedy pojęcia, że mężczyzna właśnie zabił ulubieńca jej wnuczki – Mileny T. Przerażona Tina wróciła do domu, po jej zachowaniu rodzina zorientowała się, że stało się cos złego. Pies nie chciał opuścić swojego schronienia, jakby wiedział, że drugi nabój przeznaczony był dla niego. Gdy właściciele skojarzyli fakty i domagali się wyjaśnień, Tomasz L. najpierw zaprzeczył jakoby zabił psa, potem tłumaczył, że nie wiedział do kogo należy zwierzę, wreszcie oznajmił, że jako myśliwy miał do tego pełne prawo i nie obawia się konsekwencji. Próbował też zniechęcić znajomych do informowania policji.
Cel - brzuch
Grażyna T. najchętniej nie zgłaszałaby nigdzie sprawy, tym bardziej, że jej mąż i Tomasz L. byli kolegami. Jednak jej córce, Milenie T. nie dawało to spokoju. Czy ktoś miał prawo tak po prostu zabić jej psa? Tego samego dnia udały się z mamą do Czarnkowa, zamierzały między innymi kupić bardziej wytrzymałą obrożę dla Tiny, tak aby w przyszłości nie mogła się wyswobodzić z uwięzi. W czarnkowskiej lecznicy uzyskały namiary na Towarzystwo „Pogotowie dla Zwierząt”. Milena T. zadzwoniła do organizacji i opowiedziała o całym zajściu. Pies nadal leżał na łące, gdyż przejęta rodzina nie wiedziała, jak się zachować. – Właściciele psa od początku nie byli chętni na zgłaszanie sprawy organom ścigania. Nie byliśmy tym zaskoczeni, gdyż taka jest mentalność mieszkańców wsi. Dlatego to nasza organizacja wystąpiła w obronie praw tego zwierzęcia i zgłosiła sprawę policji – wyjaśnia Paweł Helak z Towarzystwa „Pogotowie dla Zwierząt”.
Wolontariusze towarzystwa tego samego dnia udali się na miejsce zdarzenia, wykonali fotografie, wezwali na miejsce policję oraz zabrali zwłoki psa. Lekarz weterynarii dokonał sekcji, która wykazała, że kula przeszyła jamę brzuszną na wylot, uszkodziła wątrobę, śledzionę i żołądek, doszło do krwotoku wewnętrznego. Można się domyśleć, że zwierzę bardzo cierpiało, zanim nastąpiła śmierć. – Jeden, niewielki nabój spowodował liczne penetrujące rany poprzeczne, zniszczenie miąższu w lewym płacie bocznym wątroby i rozerwanie miąższu śledziony, rozerwanie ściany żołądka, żyły wrotnej wątroby, płata przyśrodkowego wątroby, części doogonowej śledziony, zmiażdżenie prawego płata bocznego wątroby, a więc zniszczenie całej doskonałej konstrukcji. Czy myśliwi myślą o tym, co się dzieje, gdy pocisk przeszywa ciało zwierzęcia? – Marta Kołosowska z TPdZ wcale nie oczekuje odpowiedzi.
Bez skruchy
Jeszcze przed rozpoczęciem procesu karnego, miała miejsce dająca do myślenia sytuacja. Grażyna T. chciała zadzwonić do osoby zajmującej się inseminacją krów. Sądząc, że wybrała właściwy numer telefonu, zapytała: - Słuchaj, przyjedziesz do mojej krowy? – w odpowiedzi usłyszała: - Nie, ale mogę wam odstrzelić psa – wówczas zszokowana kobieta zorientowała się, że rozmawia z Tomaszem L.
Tomasz L. nie spodziewał się, że sprawa znajdzie swój finał w sądzie. Nie przyznaje się do winy. - Uważam, że zrobiłem w tamtej sytuacji to, co należało – oznajmił podczas pierwszej rozprawy, która odbyła się 20 lutego br. Inaczej uważają wolontariusze TPdZ, którzy podkreślają, że teren na którym został zabity pies nie należał do obwodu łowieckiego, a więc nikt nie miał prawa do niego strzelać. Najbliższy dom znajdował się około stu metrów od miejsca zdarzenia. Użył więc broni w sposób niedopuszczalny i nie dopełnił starań, do jakich zobowiązana jest osoba nią dysponująca. Kolejnym zarzutem członków towarzystwa jest fakt, iż zwierzę zostało zabite przy osobie niepełnoletniej. Poza tym na przynależność zwierzęcia wskazywała jego zadbana pokrywa włosowa. Sprawca czynu znał psy należące do rodziny T., zgodnie z ich oświadczeniem bywał u nich i wykonywał różne prace.
Wybawca
Linia obrony, jaką przyjął adwokat oskarżonego polega na udowadnianiu, że psy były agresywne. – Z opowieści Tomasza L. wynika, że zadziałał jako wybawca mieszkańców wioski przed parą agresywnych, nieobliczalnych psów, które najpierw goniły sarny, potem rzuciły się do gardeł krowom, wreszcie rzuciły się same na siebie. A on chwycił za sztucer i ochronił ludzi, którzy z pewnością zostaliby ich kolejnym celem – uśmiecha się Marta Kołosowska, dla której wersja oskarżonego jest desperacką próbą obrony.
Tomasz L. miał wybierać ziemniaki na polu, gdy ujrzał biegnące sarny a za nimi psy. Po pewnym czasie psy wracały w kierunku wioski i zaczęły gonić krowy. Zgodnie z relacją oskarżonego, próbowały dostać się im do gardeł. Mężczyzna odgonił je, potem pojechał za nimi. Gdy piły ze stawku, udał się do domu po sztucer i wrócił z synem. Odnalazł psy w okolicy tzw. jeziorka. Oddał strzał, po czym wrócił zbierać ziemniaki. Nie upewnił się, czy nie trzeba dobić rannego zwierzęcia. Tłumaczył, że chciał to zrobić później, gdyż obawiał się, że pies go pogryzie.
Koronni
Na drugiej rozprawie, w miniony poniedziałek, pojawili się świadkowie, zeznający na korzyść oskarżonego. Teresa G. kilkakrotnie potwierdziła, że nie rozmawiała nigdy wcześniej z Tomaszem L., jedynie przed salą rozpraw. Miała więc być świadkiem bezstronnym, przypadkowo widzącym psy goniące krowy. Musiała jednak odpowiedzieć twierdząco na pytanie oskarżyciela posiłkowego, czy prawdą jest, że jej mąż wykonuje ambonę dla Tomasza L. i że panowie bywają u siebie. - Kobieta powtarzała też kilkakrotnie, jak wyuczoną mantrę, że nigdy nie widziała tak agresywnych psów i że aż strach pomyśleć, co by było, gdyby dopadły ludzi – mówi Paweł Helak z TPdZ Drugi świadek, Jan K. zeznawał, że oskarżony bronił jego krów. Oświadczył, że bydło miało draśnięcia na zadzie, co zauważył po kilku dniach. Nie uznał tego jako powód do wezwania lekarza weterynarii ani też do podziękowania Tomaszowi L. z którym jak utrzymywał, nie rozmawiał.
Mam broń – mogę zabić
Odkąd Ustawa o Ochronie Zwierząt dopuszcza odstrzał zdziczałych psów i kotów na terenie obwodów łowieckich, zdarza się, że myśliwi nadużywają tego prawa. Właściciele psów wymieniają się historiami, jak to mężczyzna w moro celuje bronią w ich psa, pytając czy ma go zabić za to, że spacerują z nim po lesie. Myśliwi zaczynają się coraz częściej kojarzyć z naładowanymi testosteronem narwańcami, którzy szukają ujścia swoich frustracji, mierząc do najprostszego celu, jakim jest udomowione zwierzę. Posiadanie broni wymaga tymczasem podwójnej rozwagi i opanowania.
Rafał Kuźlak
Beata Maciejewska
Dżeki był przyjaznym psem o szczenięcym usposobieniu.
Zgodnie z art. 33.3. Ustawy o Ochronie Zwierząt
Zdziczałe psy i koty przebywające bez opieki i dozoru człowieka na terenie obwodów łowieckich w odległości większej niż 200 metrów od zabudowań mieszkalnych i stanowiące zagrożenie dla zwierząt dziko żyjących, w tym zwierząt łownych, mogą być zwalczane przez dzierżawców lub zarządców obwodów łowieckich.
Beata Maciejewska, wiceprezes Towarzystwa Pogotowie dla Zwierząt.
Myśliwska brać działa jak narkotyk, wsiąka się w nią szybko. To doskonale zorganizowana grupa, z całym systemem gratyfikacji. Są w niej zwyczaje i tradycje, hierarchia ważności, święta, dyplomy, nagrody, zjazdy, jedzenie, stroje, psy i samochody. Męskie towarzystwo, trofea, rywalizacja: kto więcej zabił. A w domu można mieć broń: sztucer, dubeltówkę, bocka, kniejówkę, ekspres, flower. Amunicja, noże, pasy, lornetki i inne akcesoria. Weekendy poza domem. Tego co robią, nie nazywają po imieniu, krew to farba, nogi jelenia to badyle, zabicie pierwszym strzałem to położenie w ogniu itp. Prawie każdy szuka racjonalnych powodów, dla których poluje: brak drapieżników, które kiedyś regulowały liczebność zwierzyny, szkody łowieckie gospodarczo znośne itd. A wystarczyłoby zostawić to przyrodzie, która sama doskonale dąży ku równowadze. Tchórzostwem jest nie dobić rannego zwierzęcia. Albo podkarmiane ambony – miejsca kaźni zwierząt, które najpierw przyzwyczaja się, aby tu przychodziły, a potem zabija, gdy się tego nie spodziewają. Męskość nie polega na zabijaniu, męskość to chronienie życia. Jak powiedział ktoś mądry: wielu rzeczy nie robilibyśmy, gdybyśmy mogli zobaczyć, co naprawdę robimy.



