Ajla - rodowodowy Husky, Elza - rodowodowy owczarek niemiecki
Miejsce zdarzenia: Podlasie, własny las oddalenie od zabudowań ponad 200 m
6 stycznia 2007
Suki po okresie rui wyszły na spacer (zawsze chodziły po naszym lesie samopas). Las mamy własny więc nie było obaw o psy. Jednak (do dziś nie wiem do końca czemu tak jest) na naszym polu stoją ambony.
Ponieważ myśliwi są świadomi czyj jest las oraz czyje jest pole jak również znają wszystkie psy (okoliczne, gdyż myśliwi też są z okolicy) nikomu nigdy nie wpadło do głowy, że ktoś może chcieć wyegzekwować “swoje” prawa. Ale się stało… szukaliśmy suk przez kilka dni nawołując i myśląc, iż jest to ich “wybryk” spowodowany chucią. Miały po 9 miesięcy …
Zgłosiliśmy sprawę na Policję (tu trzeba przyznać, że policjanci szukali psów prawie tak samo jak szuka się ludzi). Pod koniec czerwca (5 miesięcy po zaginięciu) mój teść znalazł w rowie w naszym lesie skrawek biało-czarnego ogona (identycznego z naszą Ajlą - husky). Pojechaliśmy z mężem aby sprawdzić czy to rzeczywiście jest Ajla (albo to co z niej zostało). Znaleźliśmy “nasze” ucho oraz część boku. To była Ajla na 1000%. Elzy nigdy nie znaleźliśmy. I choć jesteśmy już po rozwodzie myślę, że oboje będziemy pamiętać o tej emocjonalnej tragedii przez wiele lat.
Walczyłam z Kołem Łowieckim, które do niczego się nie przyznawało; po prostu nikt nie strzelał i nie zabito żadnego psa. Dopiero po półtora roku przez przypadek znalazłam się w gronie myśliwych, którzy mnie nie znali. Spytałam czy znają może historię LUDZI, którzy stracili dwie suki w okolicy Szostak. Na co jeden z nich odpowiedział, iż sam strzelał do “wilka”… Nie zrobiłam wtedy nic i do dziś nie wiem jaką karę można takim osobnikom wymierzyć.
Przez kilka lat wcześniej byłam “pilotem” eskapad myśliwych (tych dewizowych) i widziałam ich zachowania i zwyczaje. Nigdy, przenigdy nie widziałam aby strzelali do bezpańskich psów. Co więcej wypatrywali przez kilka minut zwierzę do ustrzelenia, aby przypadkowo nie trafić w “coś” co nie jest zwierzyną odstrzałową. Zawsze mieli swoje własne psy….te najukochańsze, za które często oddaliby życie w obliczu niebezpieczeństwa.
Myślę, że tu nie chodzi o przepis ani przypadek. Jest to z reguły uzasadnione postępowanie, spowodowane mściwością i niechęcią do …. właścicieli psów. Nas nie lubili, bo jakiś czas wcześniej myśliwi będący pod wpływem alkoholu (co zawsze im towarzyszy) zrobili nagonkę na innego naszego psa biorąc go za lisa, a biedny pies uciekając wpadł we wnyki (założone przez chłopów). My byliśmy pewni, że pies został zastrzelony i wezwaliśmy policję (czytaj: kara i kolegium), która to rozprawiła się z nimi (tym razem rzeczywiście nie strzelali do psa).
Do dziś czuję zapach moich psów…
Ponadto zaginęły dwa inne psy (Kaza i Gato) ale tych nigdy nie znalazłam żywych ani martwych (też owczarek niemiecki i husky).
Mieszkali z nami ludzie, którzy mieli psie zaprzęgi (23 psy). Psy były pilnowane i na “uwięzi”. Pewnego dnia rozpoczęła się czarna seria: trzy psy zdechły - jeden po drugim - z niewyjaśnionych przyczyn. Ludzie odeszli wraz z psami, oskarżając nas o “złe” uczynki…
Ale jestem pewna, że to nie my i nie siły magiczne - to po prostu źli ludzie - MYŚLIWI, którzy dopuszczają się każdej sposobności aby wyeliminować “hałasujące” zwierzaki, a alkohol jest ich sprzymierzeńcą, a naszym wrogiem.