Mój przypadek miał miejsce w grudniu 1996 roku. Przyjechałem z pracy na weekend do mamy na wieś. Wyszedłem z Dżasperem (owczarek niemiecki) na spacer po okolicy. Pies był na smyczy, ale jak zwykle rozpierała go energia więc jakieś 100 m od domu puściłem go na chwilę żeby się wybiegał (dodam że pies był łagodny i nigdy nie zrobił nikomu krzywdy).
Psisko biegało sobie swobodnie jakieś 10-20 metrów ode mnie w niewielkim lesie. Nagle usłyszałem dwa bardzo bliskie i głośne wystrzały, pomyślałem polowanie, trzeba wracać do domu (zaznaczam nic nie wiedziałem o polowaniu w tej okolicy, zero informacji czy ostrzeżeń). Zacząłem wołać psa, niestety bez rezultatu.
Pomyślałem Dżasper boi się strzałów wiec pewnie uciekł do domu. Wróciłem do domu ale to co zobaczyłem pod drzwiami zaskoczyło by każdego. Pies leżał w kałuży krwi i był ogromnie wystraszony. Nie będę pisał o leczeniu. Następną rzeczą jaką zrobiłem to pobiegłem szukać tych myśliwych. Znalazłem ich kilkaset metrów od domu i na moje pytanie dlaczego strzelali usłyszałem to co chyba wszyscy którzy przeszli podobną sytuację, czyli: odległość o zabudowań, wygląd psa (podobno wyglądał na wściekłego&) a na koniec panowie z drwiną powiedzieli że mam szczęście, ponieważ to ja mogłem oberwać ponieważ jakimś trafem nielegalnie znalazłem się na terenie polowania (zaznaczam około 100 m od mojego domu).
Sprawa zakończyła się niczym, mimo moich telefonów i monitów w kole łowieckim. Nikt nie przeprosił. Ci panowie niezależnie od ich statusu społecznego i materialnego to zwykli bandyci i sadyści. Zdania o nich nie zmieniłem do dnia dzisiejszego.