Oliwier

oliwieraHistoria, którą opowiem kosztowała mnie bardzo dużo nerwów, czasu, biegania po sądach, walki o egzekwowanie „prawa”, lecz i tak na koniec, w magiczny sposób „ukręcono łeb tej sprawie”.

Zdarzyło się to w Zezulinie, wsi oddalonej o jakies 30 km od Lublina, na posesji koło domu mojej babci. Było to zimą 2005 roku, posiadałam wtedy trzy psy: Figę – suczkę spanielkę, Guinnesa – dużego mieszańca, oraz Oliwirę, niewielkiego kundelka, kulawego od czasu wypadku samochodowego, jakiego doznał, kiedy był jeszcze szczeniakiem. Tylna łapka Oliwiery, była ciągle podkulona, był to pies bardzo nieśmiały, sympatyczny, a z racji podkulonej nóżki niezbyt szybki.

Był piękny, mroźny, zimowy poranek 27-go listopada 2005 roku. Około godziny 09:30pict0029 wypuściłam wszystkie psy na poranny spacerek. Sama czekałam na nie pod domem. Gdy tylko wypuściłam psy Guinnes i Oliwiera skierowały się z ujadaniem w stronę sadu. Ich reakcja była naturalna, bo wyczuły obcych na terenie koło domu. Nie wiedziałam, na kogo ujadają, ale błyskawicznie zorientowałam się, ze w pobliżu mojej posesji stoją obce samochody – prosta logika – polowanie! Natychmiast wybiegłam za psami i zaczęłam je nawoływać, krzyczałam z całej siły. Po chwili usłyszałam strzał, a za jakieś 15 sekund dopadł do moich nóg przerażony Guinnes. Oliviera nie wrócił. Od momentu wypuszczenia psów a powrotu Guinnesa minęły może 3-4 minuty. Moje psy nigdy nikogo nie ugryzły, zawsze na widok obcych szczekały i nic więcej.

Złapałam pozostałe dwa psy na smycz i zaczęłam poszukiwania Oliwiera. W tym czasie samochody zaparkowane nieopodal, już odjechały. Znalazłam go zastrzelonego na łące za sadem. Został zabity jak biegł do domu słysząc moje nawoływanie. Pies został postrzelony w łeb, nie miał szansy na żaden ratunek.

Wykonałam kilka telefonów do znajomych z prośbą o przeczytanie kodeksu łowieckiego, skontaktowałam się z myśliwym przebywającym na polowaniu w innej części województwa i pewna swoich racji wezwałam policję. Policjanci z pobliskiego komisariatu przyjechali dopiero po kilku godzinach, w rękach dzierżąc kodeks myśliwski, i na „dzień dobry” czytając mi, że „myśliwy może odstrzelić zwierzynę w odległości 100 metrów od zabudowań mieszkalnych”. Jakież było ich zdziwienie, kiedy wytłumaczyłam im, że „zwierzyna” to zwierzęta, dzikie, łowne takie jak sarny, dziki, zające, ale na pewno nie psy, czy koty. Zmusiłam ich więc do oględzin miejsca przestępstwa, wymierzono teren, okazało się że pies został zastrzelony w odległości 90 metrów od domu, policjanci napisali protokół i odjechali.

Następnego dnia udałam się do Zarządu Koła Łowieckiego „Szarak” w Lublinie, ponieważ to właśnie koło odpowiada za polowania na moim terenie. Zostałam chłodno przyjęta, wręcz z wyrzutem, „czego ja do cholery chcę?!”, „ile wart był pies?” a skoro to kundel „to o co chodzi!”. Zostawiłam skargę, którą rzucono na stos papierów. Chciałam ustalić sprawcę. Lecz wiedziałam, że najprawdopodobniej moja skarga zostanie zignorowana, złożyłam, więc wniosek do sądu z prośbą o ustalenie i ukaranie sprawcy.

Kilka dni później zawiadomiłam „Kurier Lubelski”, i na pierwszej stronie ukazał się artykuł o incydencie. Niestety reporterce nie udało się ustalić żadnych faktów:, kto jest informowany o kalendarzu polowań, dlaczego mieszkańcy nie są uprzedzani o zbliżających się polowaniach, dlaczego zabija się psy w obrożach pod domem, w obecności właściciela, broniące swojej posesji, oczywiście nikt nie chciał z nią rozmawiać.

Następnego dnia, po ukazaniu się artykułu odebrałam telefon, od szefa Koła „szarak” z prośbą o spotkanie. Na spotkanie przyszedł przemiły pan, który powiedział, że rozumie moje oburzenie, że jemu również jest bardzo przykro. O terminach polowań powiadamiana jest gmina i to ona powinna informować mieszkańców, i, że prosi o wycofanie sprawy z sadu, ponieważ (i tu tłumaczenie przeszło moje najśmielsze oczekiwania)… Pan, który zastrzelił mojego psa, jest już dość sędziwym panem, na dodatek, jest chory na raka i pozostało mu około 6 miesięcy życia, że niedowidzi, niedosłyszy, jest taki biedny, a ja jestem okropną kobietą, która chce pozbawić go ostatniej rozrywki i przyjemności w życiu, jaka mu pozostała, ponieważ jego błąd kosztować go może 3 lata „w zawieszeniu” i dożywotni zakaz używania broni palnej. No jak ja mogę być takim potworem, i pozbawiać go tego wszystkiego! Może ja wycofam sprawę z sądu a w zamian dostane 4000 złotych na nowego pieska? Może się to wydawać absurdalne, ale rozmowa odbyła się przy świadku i opowieść o starszym człowieku i jego jedynej przyjemności niestety mi się nie przyśniła.

Podziękowałam Panu za spotkanie, oraz za propozycję i poprosiłam, żeby od tej pory kontaktował się z moim prawnikiem.

Okazało się, że sprawca: to były dziekan jednej z lubelskich uczelni, a jedna z moich koleżanek pisze właśnie pracę doktorską pod jego kierunkiem. Po rozmowie z nią dowiedziałam się, że rzeczywiście jest to starszy człowiek, który ma problemy ze słuchem oraz nie widzi już zbyt dobrze, ale o strasznej chorobie koleżanka nie słyszała. Dlaczego człowiek mający problemy ze słuchem i wzrokiem ma pozwolenie na broń i regularnie poluje?!?!?! Pies, człowiek, lis, wydra? Co za różnica?

Na początku maja 2006 roku, wyznaczono wizję lokalną. Wraz z policjantami z posterunku w Ludwinie pojawił się wspomniany człowiek, sprawca, oraz „trzy mądre głowy z samej Stolicy”, jacyś „szefowie szefów Polskiego Związku Łowieckiego”. W trakcie wizji lokalnej człowiek ten zachowywał się bardzo nerwowo, nie odpowiadał na pytania policjantów, plątał się w zeznaniach, i cóż wyglądał zadziwiająco dobrze, jak na osobę, która miała już przecież nie żyć…

Dowiedziałam się, że zobaczył trzy psy polujące na zająca w „klasycznym szyku podkowy”. Ciekawa jestem skąd wziął się trzeci pies, którego myśliwy nie umiał opisać, skoro trzeci pies nie oddalił się ode mnie nawet na 5 metrów. Iw jaki sposób, Oliwiera o trzech nogach, mógł dotrzymać kroku większemu od siebie o połowę Guinnesowi. A może ten trzeci pies to był ten zając właśnie, który w klasycznym szyku podkowy uciekał z moimi psami przed pseudo-drapieżnikiem uzbrojonym w dwururkę???

Po przejściu całego terenu polowań, w momencie, kiedy przedstawiałam swoją wersję wydarzeń, na miejscu gdzie znalazłam psa,  myśliwy nie wytrzymał i wykrzyczał: „tak, zrobiłem to celowo, i zrobiłbym jeszcze raz, zrobiłem to dla nauczki dla ciebie gówniaro (pięknie, prawda ;)) i reszty idiotów, którzy trzymają psy!!!”. Padło jeszcze kilka epitetów w moją stronę, oraz przyznanie się, że to była nauczka dla całego społeczeństwa i tak powinni robić wszyscy. Myśliwego zastopował policjant, przypominając mu, że sprawa toczy się przeciwko niemu, a nie mnie.

W całym zdarzeniu towarzyszył mi 6-ścio letni synek mojej koleżanki, do tej pory zajęty oglądaniem żab kicających po łące, który po mowie myśliwego zadał mu proste pytanie:, „Ale dlaczego pan zabił pieska?”. Nastała niezręczna cisza, zerwana błyskawicznie przez panów ze Stolicy mówiących: „zobacz chłopczyku, jakie piękne żabki, zobacz, jaką mam fajną parasolkę.”…

Okazało się, że strzał padł w odległości mniejszej niż 100 metrów od domu, nie jak deklarował zza lasu, gdzie rzekomo polował Oliwiera. Znalazł się również świadek, jeden z sąsiadów widział myśliwego strzelającego do mojego psa, stojącego tuż za sadem, niestety, gdy poprosiłam go o zeznania w sądzie odmówił. Gdzież to tyle zachodu o zwykłego psa?!

Jakiś czas później sprawa została umorzona. W uzasadnieniu napisano, ze moje żądania, (czyli powiadamianie miejscowej ludności o mających się odbyć polowaniach) zostały spełnione, ponieważ w marcu 2006 roku zmienił się paragraf dotyczący informowania mieszkańców o kalendarzu polowań. Niestety nie pamiętam, o co dokładnie chodziło, i do tej pory nic się nie zmieniło. Na pewno gdybym została w jakiś sposób uprzedzona, to do tragedii by nie doszło. Znając zachowania myśliwych, zawsze trzymam psy zamknięte w domu, podczas gdy oni są w pobliżu.

W trakcie postępowania i lektury kodeksu łowieckiego dowiedziałam się o całej masie obowiązków, jakie dotyczą myśliwych. Przede wszystkim zwalczanie kłusownictwa: na pytanie, do kogo to zgłosić i czy ktoś się kłusownictwem zajmie, w siedzibie Związku usłyszałam: „zwariowała Pani, kto ma na to czas?!”. Kolejny obowiązek to dokarmianie dzikich zwierząt „hodowanych” przez Związek, przez kilka lat widziałam może kilka belek siana przywiezionych przez myśliwych. A co najciekawsze tereny łowieckie, czyli tereny prywatne poza granicami miast są dzierżawione przez myśliwych. Nikt nigdy nie proponował, ani nie prosił o pozwolenie udostępnienia terenu, jako tereny łowne, więc co to za dzierżawa…

Niedaleko mojego domu stoi ambona, często przechodzę koło niej podczas spacerów z psami, niejednokrotnie zdarzały się pogróżki, panowie popijający piwo zaczepiali mnie mówiąc: „a zabił pani już ktoś, kiedyś pieska?”. Nigdy nie pozwalam się zastraszyć, ale z drugiej strony, kto wie, na co stać podchmielonego chłopa z dubeltówka w ręku.