Zastrzelił psa, polował na sarny, sprawa w prokuraturze
Myśliwy z koła łowieckiego w Alwerni zastrzelił podczas polowania owczarka niemieckiego. Łowczy twierdzi, że pies kłusował na sarny, a właściciele czworonoga - że psa zwabiła zasadzka na dziki. Sprawę oddali do prokuratury.
Pan Zygmunt wyszedł z dwoma owczarkami niemieckimi na spacer w sobotę przed godziną 17. Państwo K. mieszkają w centrum Alwerni, dlatego pan Zygmunt spuścił ze smyczy czworonogi - siedmioletnią Astrę i dwuletniego Nadira - dopiero na wysokości łąk położonych między ulicą a lasem. W pewnym momencie oba owczarki zerwały się w kierunku przyległej do łąk dolinki. Pan Zygmunt cały czas miał je w zasięgu wzroku, dzieliło go od nich około 20 metrów. Zobaczył wiązkę czerwonego światła, a zaraz potem usłyszał strzał. Jeden z psów zawył, zrobił kilka kroków i upadł. Pan Zygmunt podbiegł do psów, by osłonić drugiego z czworonogów. Wtedy - zdaniem mężczyzny - podszedł do niego myśliwy, mierząc do niego z broni. Łowczy miał twierdzić, że pan Zygmunt od dwóch godzin kłusuje z psami na tym terenie. Mężczyzna był w takim szoku, że pozwolił się wylegitymować, a potem zgodził się jeszcze, by myśliwy zabrał martwego psa i odjechał.
- Byliśmy zrozpaczeni. Nadira hodowaliśmy od małego, sama odbierałam jego poród. Kiedy mąż przyszedł do domu i opowiedział mi, co się stało, pobiegłam na policję. Chciałam chociaż odzyskać zwłoki i sama je pochować. Okazało się, że ten mężczyzna już je zakopał, do tej pory nie wiemy gdzie - mówi żona pana Zygmunta Anna.
Państwo K. zgłosili sprawę do prokuratury. Policja ma w przyszłym tygodniu przeprowadzić na miejscu zdarzenia wizję lokalną. Wtedy myśliwy ma też wskazać miejsce, gdzie zakopał zwłoki. Szczątki zostaną oddane Powiatowemu Lekarzowi Weterynarii, który przeprowadzi sekcję.
W świetle przepisów myśliwy, który jest uprawniony do ostrzału psów, może zabić czworonoga, gdy ten jest bezpański, zdziczały i zagraża bezpieczeństwu innych lub kłusuje na zwierzynę leśną. Na obszarze pola łowieckiego nie powinien biegać bez smyczy, tyle że od pola łowieckiego do obszaru zabudowanego musi być zachowana odległość minimum 200 metrów. Władze gminy wydały rozporządzenie, że na obszarze odludnym psy mogą być spuszczone. Państwo K. utrzymują, że pies został zastrzelony na obszarze chronionym tymi przepisami. - Nasze zwierzęta są zadbane, wypielęgnowane. Oba miały na szyi metalowe łańcuszki z identyfikatorami i naszymi numerami telefonów. Nawet jeżeli było ciemno i myśliwy nie potrafił rozpoznać, musiał słyszeć brzęczenie metalowych obroży - mówi pani Anna.
Jak się okazało, łowczy w sobotę polował na sarny i dziki. Rozsypał kukurydzę, która miała przyciągnąć zwierzynę, a zainteresowała psy. Miejsce obserwował z leśnej ambony.
Państwo Kozyrowie zwrócili się o pomoc do Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami: - Psy miały obroże, stały w miejscu, wiec nie kłusowały, dlatego zachowanie myśliwego jest niezrozumiałe - mówi Rafał Feldman z KTOZ- u, który w sprawie jest też oskarżycielem posiłkowym.
Włodzimierz Durak, prezes koła łowieckiego w Alwernii, broni mężczyzny, który zastrzelił psa: - Myśliwy miał wszystkie uprawnienia. Twierdzi, że widział, jak te psy biegały za sarnami, nie miały kagańców. Była noc, kto o tej porze wyprowadza psy na spacer?
A nie zastanowiło pana, dlaczego ten człowiek sam zakopał zwłoki? - pytamy prezesa.
- Mówił, że umówił się tak z właścicielem. Sprawę musi wyjaśnić policja. Na najbliższym spotkaniu uczulę wszystkich członków stowarzyszenia, by 10 razy się zastanowili, zanim oddadzą strzał - zaznacza Durak.
Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków